2016/04/15

Ana vs. dieta eliminacyjna



Chodź, powiem Ci co do gara włożyć

Jak powszechnie wiadomo internet, kipiący ostatnimi czasy zdrowym stylem życia, przepełniony jest poradami dotyczącymi zdrowego odżywiania. Artykuły "kopiuj-wklej" pojawiają się niemal na każdej możliwej stronie (onety, srety, kobiety - you know the drill), pełno ich także na niektórych blogach, których autorzy znają się na dietetyce jak ja na roślinkach. Mam dość wzorców i tych nieszczęsnych zasad lub, co gorsza, piramid i innych cudów.
Jako że ostatnimi czasy dążę do wzorcowej czystej michy jak z nie tak dawnych czasów - czerwiec-lipiec 2014 (patrz archiwum bloga) zaczęłam jeść tonami te wszystkie dobrodziejstwa. Przedstawię Wam moje wnioski.


2016/01/20

No cześć





"Teraz już na serio"

Czasem, gdy myślimy, że coś dawno przepadło nadchodzi z podwójnym hukiem. Przyznaję się do winy, bycia (nie bójmy się tego powiedzieć) typową kobietą, która jest totalnie nieprzewidywalna i bezpodstawnie zmienia zdanie.

Nigdy nie chciałam porzucić bloga. Po prostu nie miałam weny.

Podczas mojego bycia-niebycia w internetach wydarzyło się dużo. Ogromną zmianą było przeniesienie się z crossfitowni do prawdziwej siłowni pełnej koksów. Z mojej dawnej siły pozostały strzępki, jednak jest coraz lepiej. 


Po pierwszym treningu po bodajże 2 miesięcznej przerwie ledwo schodziłam z siłownianych schodów. Wyobraźcie sobie 2 wykręcone kostki - tak właśnie szłam. Wystarczyły wykroki z hantlami 6 kg i front squaty z 15 kg sztangą, żeby mnie totalnie połamało. Przez tydzień wchodzenie po schodach traktowałam jak trening z kamizelką o wadze 20 kg. Wtedy nadchodzi czas, gdy do człowieka dochodzi, że "chcę" nie znaczy "mogę". W ten oto sposób nabrałam pokory i robiłam treningi nader grzecznie. Kończyłam przed dołożeniem sobie na sztangę 5, 10 czy 20 kolejnych kilogramów. Kilka dni temu czułam zapas, lecz odpuściłam. Co teraz czuję? Żal dupę mą ściska, z drugiej strony logika i doświadczenie mówią, że dodatkowe obciążenie to kwestia kilku tygodni. 

Może nie będę tu kilka razy w tygodniu, ale postaram się bywać. Niestety obowiązki przyszłej pani magister robią z człowieka no-life'a. 


Do przeczytania moi drodzy!


2015/08/12

Jem superfoods: Nasiona chia





Szałwia hiszpańska, chia, you name it

Superfoods, czyli inaczej spożywcze cuda na kiju, które bombardują nas już nawet w drogeriach to nic innego jak produkty z wielkim potencjałem. Przeważnie zawierają kolosalne ilości antyoksydantów, witamin i minerałów. Ich lista jest tak długa, że większość artykułów dostępnych online wymienia średnio 5 z nich kierując się popularnością. Czytając komentarze pod nimi stwierdzam, że większość uważa je za coś tak drogiego i egzotycznego, że tylko największe szychy mogą po nie sięgać w codziennej diecie - afera pudelkowa z Anną z nagłówka co je śniadanie za 50 zł (a w nim m. in. chia). Nic bardziej mylnego. Każdy Polak jadł superfood nawet o tym nie wiedząc - czosnek wita. Innym (może nie mega tanim) i polskim produktem jest sok z brzozy.

Dawno temu pisałam o jarmużu, jagodach goji i spirulinie. Nie uznałam ich za cudotwórców, jednak uważam, że włączenie ich do diety może mieć dobry wpływ na ogólną kondycję organizmu. W końcu nigdy dość antyoksydantów, nienasyconych kwasów tłuszczowych i innych dobrodziejstw natury.

Naoglądałam się miliona zdjęć tych jakże dziwnych "kuleczek", które miały być puddingiem na różnych blogach (nawet u Anwen) i powiedziałam sobie, że muszę je mieć (zupełnie jak faszynelka po zobaczeniu kiecki z nowej kolekcji na znanej babce). Co prawda moje zamówienie z fitness-food.pl złożyłam w maju, jednak dopiero teraz, podczas porządków w kuchennych szafkach, stwierdziłam, że czas spróbować.

2015/07/31

SOTI Natural Gyokuro Green Tea - recenzja



Ana testuje

Dziś chciałabym się podzielić z Wami moją recenzją na temat zielonej herbaty SOTI natural. Jestem herbacianym maniakiem od ładnych paru lat, najczęściej piję zieloną i czerwoną. Co do zasady sceptycznie podchodzę do fit nowości, bo część z nich to zwyczajne żerowanie na fali Chodaka i innych cudów. Tu było inaczej, gdy tylko otrzymałam propozycję przetestowania jej nie mogłam odmówić, ale zaraz zrozumiecie dlaczego. W poniedziałek otrzymałam 3 butelki o pojemności 530 ml.

Jest to jedyny tego typu napój na polskim rynku. Dlaczego? Nie ma nic wspólnego z typową, butelkowaną zieloną herbatą, którą można spotkać na półkach sklepowych. Tamta kojarzy mi się z mieszanką wody, cukru i ekstraktu z zielonej herbaty w wysokości 0,2% (np. Nestea czy Lipton). Może i są smaczne, ale jedyne co mogą zrobić to odłożyć się w boczkach. 

SOTI nie zawiera cukru, słodzików, ani nawet tak popularnej obecnie stewii. Jest także bez konserwantów. Co zatem znajduje się w butelce? Na opakowaniu czytamy "Składniki: parzona zielona herbata". Sam proces parzenia przeprowadzany jest tak, aby wydobyć z liści jak najwięcej dobrego - w tym wypadku antyoksydantów. 

Brzmi dobrze?

2015/07/28

What's new?


Jako, że mam chwilowe wakacje (w końcu ostatni egzamin sesji letniej zdawałam 16 lipca - pozdro techno), które potrwają raptem tydzień wzięłam się na poważnie za krosfitnesowe życie. Wracam do formy, (znowu) uczę się double unders - witamy pręgi na rączkach, sztanga staje się coraz lżejsza, a zakwasy już mnie nie męczą. Jednak nie ma czym się podniecać. Szybki progress jest naturalny na tym etapie. 



2015/06/29

Dzień dobry



Wekejszyn

Już było kilka wielkich powrotów. Ten mogę uznać za finalny. Zlepek niezbyt fortunnych wydarzeń w postaci dość poważnego oparzenia, które w zasadzie nie jest do końca zagojone po 5 tygodniach od wypadku, sesji i zapieprzu skutecznie uniemożliwiały mi jakiekolwiek ćwiczenia. A było tak pięknie, biegałam po te 5 km minimum. Do 31 maja.

Podczas gdy wszyscy są maksymalnie wysuszeni i gotowi na pokazywanie się niemal nago w miejscach publicznych ja raczkuję. Mogłabym Was trollować, że to zdjęcia z końca masowania, że niby luty albo inny styczeń i zara zaczynam wycinkę, żeby w lato móc prać na swojej ciężko wypracowanej tarce. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że moje nowiutkie bikini przeleży ten sezon w szafie - zakaz opalania, bo blizny. Także na zimę zdążę z poziomem bf na poziomie zero. Gdyby ktoś pytał - do końca nie wiem jak ten miesiąc opieprzania wpłynął na moje ciało, na pewno nie zapytam o to tanity.

A w misce mam...

Wspominałam już kiedyś co może tak naprawdę człowieka zmusić (niektórzy mawiają na to "zmotywować", bo to przecież brzmi ładniej, prawda?) - "włosy wypadające garściami, tłuszcz wylewający się z bluzki, czy niedopinający się rozporek". Raz w życiu moją motywejszyn było zdrowie, a właściwie szybki powrót. Bo na gojenie najlepsza jest dieta. Na zdjęciu obok widzicie coś, co piję dzień w dzień - zblendowany jarmuż, banan, jogurt naturalny + od niedawna również łyżeczka spiruliny, wtedy koktail nabiera zdecydowanie zielonej barwy, dzięki której żaden z waszych domowników nie ukradnie wam tego oto cuda (gwarantuję!). Jeśli boicie się jarmużu od razu zaznaczam, że nie ma on wyraźnego smaku, a jeśli nawet wmówicie sobie, że jednak tak jest to uwierzcie, że banan zabije wszystko po drodze. 

Do tego różnego rodzaju zioła, pełno wody z imbirem, cytryną i trawą cytrynową. Pewnie to wszystko nic nie dało, ale zawsze dobrze mieć porządny kop w dupę, który popchnie do tych dobrych decyzji.

Nie do końca zagojona ruszyłam w sobotę na team wod, zakwasy trzymają mnie do teraz. Dzisiaj powtórka. Brakowało mi tego, cholernie. Dobrze jest wrócić.

2015/05/05

Zamówienie z fitness-food.pl




Plan wielkiego powrotu do regularnej aktywności działa. Biegam kilka razy w tygodniu po ok. 5 km - sory, nadal nienawidzę tego robić. Metabolizm nie zapieprza jak za dawnych czasów, gdy siedziałam na siłce 6 razy w tygodniu, a podczas dnia rest tęskniłam za żelastwem. Z tej okazji czysta micha jest dla mnie obecnie sprawą priorytetową. Postanowiłam, zamiast iść na kolejny shopping, poszaleć trochę spożywczo, oczywiście w zdrowej wersji. Jako, że ceny zdrowego żarcia w sklepach stacjonarnych są momentami 2 razy wyższe zdecydowałam się na zakupy w sklepie fitness-food.pl.

Bez zbędnego gadania.






1. Amarantus ekspandowany 


Mój bezglutenowy ulubieniec. Oto krótki opis ze strony fitness-food.pl:

Ze względu na dużą ilość łatwo przyswajalnych węglowodanów amarantus poleca się osobom narażanym na duży wysiłek fizyczny oraz uprawiającym sporty. Posiada wielonienasycone kwasy tłuszczowe i bogactwo minerałów, stąd polecany jest osobom pracującym umysłowo i narażonym na stres. Amarantus jest również polecany anemikom, ponieważ zawiera duże ilości żelaza. Zawartością składników mineralnych takich jak magnez, wapń, fosfor i potas amarantus przewyższa pszenicę. Natomiast zawartością wspomnianego wcześniej żelaza przewyższa wszystkie rośliny. Zboże to opóźnia również procesy starzenia organizmu oraz zawiera antyoksydanty, które przeciwdziałają chorobom nowotworowym. 

Dodam od siebie, że jest to świetna przekąska, ponieważ można dodać go do jogurtu, owoców etc. Piekłam już nieraz ciasteczka z użyciem amarantusa zamiast mąki i spisał się doskonale. W smaku przypomina wafelki - serio! 200 g starcza mi na około 2 tygodnie. Cena jedynie 10 zł. Dla porównania w sklepie stacjonarnym jego cena to około 8 zł/100 g.

2. Olej kokosowy Extra Virgin BIO

O oleju kokosowym pisałam już niejednokrotnie. Tym razem wykorzystam go także do olejowania włosów i w pielęgnacji ciała.

3. Nasiona Chia - Szałwia Hiszpańska

Kolejny po jagodach goji super food, który muszę wypróbować. Zapomniałam jeszcze o komosie - następnym razem na pewno dodam do koszyka.
Jeszcze nie mam pomysłu na jej wykorzystanie - na pewno wypróbuję zalać ją wrzątkiem i "zaprzyć" jak siemię lniane - rzkomo także tworzy uroczą galaretkę. Zobaczymy jak poradzi sobie z zagęszczaniem sosów - na pewno pojawi się niejeden przepis.

Nasiona chia zawierają więcej kwasów omega-3 niż uchodzący za ich skarbnicę łosoś atlantycki. Spośród wszystkich olejów to właśnie olej z nasion chia jest najbogatszym źródłem kwasów omega-3, które składają się na niego w 63%. Dla porównania - olej z nasion lnu zawiera 54% kwasów omega-3.
Jeśli chcecie przeczytaj pełen opis zapraszam pod ten link: źródło

4. Spirulina w proszku

Byłam wielką zwolenniczką spiruliny w tabletkach, jednak teraz, gdy codziennie piję świeżo wyciskane soki stwierdziłam, że pójdę na całość i kupię spirulinę w czystej postaci. Przy okazji przyda się do maseczek do twarzy. Double win.

Po co mi zielony wodorost? Oczyszcza organizm, ma pełno białka, antyoksydantów, witamin i czego dusza zapragnie. Przy okazji upiększa Google wymieniają tyle związków chemicznych, że głowa mała. Wniosek jeden - trzeba wcinać.




5. Żeń szeń syberyjski korzeń cięty

Zaraz sesja, więc przydałby się jakiś mały wspomagacz - oprócz yerby i kawy. Kiedyś brałam żeń szeń w tabletkach, jednak znając procedurę powstawania suplementów i fakt, że mogą być one napakowane wypełniaczami stwierdziłam, że wypróbuję ten "prawdziwy". Planuję pić taką herbatkę kilka razy w tygodniu. Zobaczymy czy da kopa.

Jego regularne stosowanie poprawia odporność organizmu, chroniąc przed szkodliwymi czynnikami biologicznymi, chemicznymi i fizycznymi. Pozwala skutecznie odtruwać organizm poprzez przyspieszenie procesów usuwania toksyn i ubocznych produktów przemiany materii.

- ma właściwości antydepresyjne,
- poprawia witalność i samopoczucie,
- wpływa pozytywnie na pracę mózgu,
- poprawia zdolność kojarzenia faktów,
- obniża poziom złego cholesterolu,
- podnosi poziom testosteronu.
fragm. ze strony fitness-food.pl


Po spożyciu wszystkich tych cudów będę cyborgiem umysłowym, a moja kondycja poszybuje wysoko. Oby ;)

2015/04/15

Moje pierwsze zawody drużynowe




Góra!

Ana powraca. Sesja zakończona. Crossfity niestety jeszcze nie wracają, ale już niedługo! Moja dieta wstała z martwych. Tak dziwnie znów jeść z pojemnika.

Wzięłam udział w swoich pierwszych drużynówkach. Było to dla mnie niemałe wyzwanie ze względu na niemal zerową formę startową. Drużyna składała się z kobiety i 2 mężczyzn. Wydaje się, że w kupie raźniej, z czym się oczywiście zgadzam. Jednak uważam je za kompletnie inną bajkę niż zawody indywidualne. Dlaczego? Nie potrzebujecie o tyle siły i szybkości co strategii. 


Nie muszę wspominać o tym, że drużyna idealna składa się z ciężarowca, człowieka od gimnastyki i kogoś mega wytrzymałego. WODy były ułożone tak, aby zobaczyć kto jest najbardziej (nosz nienawidzę tego słowa) "FIT". Co by pongliszem nie zajeżdżało - uniwersalny. 

W WOD 0 pracowały 2 osoby (farmer walk), gdy trzecia odpoczywała. Po powrocie "ze spacerku" 2 dowolne osoby trzymały gryf w górze, gdy trzecia osoba wykonywała ćwiczenie gimnastyczne - w tym wypadku 3 rundy oznaczały 3 różne ćwiczenia - box jump. pull ups i toes to bar. Wszystkie w liczbu 30. Zakaz zmiany osoby wykonującej ćwiczenie gimnastyczne utrudniał robotę. Także decyzja kto, co wykonuje była kluczowa.Także trochę trzeba było się nastać z 40 kg w górze:) Jako, że jestem babą, a niesienie dwóch czterdziestokilogramowych sztang z facetem to nie lada wyzwanie. Mimo że zrobiłam tylko jeden "obrót" w postaci 2 x 22m spacerku i 10 partnerskich martwych ciągów w nietypowej pozycji łapy ledwo dawały radę.

WOD 1 - ze zdjęcia. Tutaj każda osoba musiała od początku do końca mieć przypisane swoje zadanie. 2 wejścia na linę, 3 thrusters, 3 partner burpees. Każda runda identyczna, z każdą ilość powtórzeń zwiększała się o 3 aż do 18 (oprócz wejść na linę). Nie wydaje się być aż takie straszne. Jednak jeśli ktoś zaczynał daną "część" nie mógł być zmieniony.

WOD 2 był także killerem, składał się z 3 części - drużyna typowała z góry który zawodnik wykona daną z nich.

Zostawiam Was z porcją zdjęć, które idealnie obrazują klimat. Grymasy, krzyki i doping.