2017/04/03

Huge update. Koniec ery crossfitu?





legginsy GAINZTA!

Dzień dobry!

Powracam do Was po rekordowej jak dotąd przerwie. Tym razem z postanowieniem regularnego pisania (już na serio!).

Z racji ogromnych zmian w postaci skończonych studiów, kompletnie nowej sytuacji życiowej i grafiku, który woła o pomstę do nieba przestałam ogarniać swoje podwórko. Z racji tego, iż w końcu nadążam sama za sobą postanowiłam tu wrócić, jako że mam Wam dużo do opowiedzenia.

Zaszło bardzo dużo zmian w mojej aktywności fizycznej i diecie.

Po kolei. W okresie wakacyjnym przez kilka dni czułam silny ból w okolicy pod kolanem. Na początku go bagatelizowałam, myślałam, że pewnie gdzieś się uderzyłam, jednak na skórze nie było mowy o żadnym śladzie ani siniaku. Zaczęłam podejrzewać, że może to być kwestia żył. Gdy ból utrzymywał się tydzień zdecydowałam się odwiedzić flebologa. Po kontroli okazało się, że nie dzieje się tam nic niepokojącego, ani nie ma zakrzepów. Ucieszyłam się. Okazało się, że nie mam z czego się cieszyć, gdyż lekarz oznajmił mi, że żyła zdecydowanie poszerzona i jak nie przestanę dźwigać zrobi mi się kolosalny żylak. Dlaczego sytuacja była poważna? Ano niestety z tego powodu, że chodzi o żyłę odpiszczelową - bez zbędnej terminologii medycznej - to jedna z najważniejszych żył w nodze. Usunięcie żylaka nie byłoby wcale takie łatwe (mimo że jest możliwe), mianowicie wtedy krążenie byłoby jeszcze bardziej upośledzone.

Dostałam wybór - hodować żylaka albo uciąć choć jeden z powodów i w dużym stopniu zwolnić rozwój choroby. Przy pierwszej wizycie w lecie 2014 r. (czyli po kilki miesiącach bardzo intensywnych treningów crossfitowych) zbagatelizowałam temat. Za bardzo zajarana byłam dźwiganiem, żeby myśleć długoterminowo. Włączyło mi się "pieprzyć konsekwencje". Trwało to do września 2016 r. Brawo. Nie jestem oczywiście w stanie przewidzieć jak wyglądałyby moje żyły w sytuacji nagłego odstawienia crossfitu. Mogę gdybać, że miałabym o te 10 pajączków mniej. Jednak sprawa jest o wiele poważniejsza. Pajączki, czyli małe pękające żyłki to jeden z tych aspektów niewydolności żylnej, które zwyczajanie przestały mnie interesować. Tu chodzi o kwestie czysto zdrowotne. Podnosząc te 50 kg na martwym czy robiąc przysiady wszelkiej maści ze sztangą 45 kg zwyczajnie rozpieprzam sobie żyły, które poszerzają się, a potem ich zastawki siadają i mamy żylaka. 

Kwestią oczywistą jest, że w wieku 40 lat nie chcę mieć nóg jak 80latki. W październiku przyszła rewolucja, Pożegnałam się z boxem z wielkim żalem. Nie umiałam się przestawić. Z wielkich wrażeń i potu lejącego się po czole trudno jest znaleźć dla siebie czegoś, co daje podobnego kopa.



pierwsze skoki po 8 latach przerwy!
Nie krosfity, to co?

No właśnie. Siłownia odpadała, bo robiłabym wtedy to samo dźwiganie, fitness dla Grażyn i matek-polek-kanapowców. I nagle padł pomysł. Wracam na konie! Kiedyś uwielbiałam przebywać w stajni całymi weekendami. Do tej pory miałam sentyment i ból dupy, że chciałabym, a czas braku. Jednak pewnego weekendu, długo nie myśląc pojechałam do sklepu jeździeckiego kupić nowy sprzęt (stary oczywiście był za mały - nie dziwota, skoro ostatni raz siedziałam na koniu 8 lat temu).

Jednak przyjemność ta ma zasadniczą wadę - nie można wsiąść na konia 4 razy w tygodniu, gdy pracujesz się na pełen etat, masz pełno zajęć poza siedzeniem przed biurkiem, a stajnia nie jest na Twoim osiedlu. Stąd padł pomysł na siłownię. Ba, sam się napatoczył. Groupon! Nie dziwota, że pojawił się w styczniu. 150 zł za 3 miesiące karnetu open, pomyślałam, że to genialny pomysł skoro będę korzystać z niego max 3-4 razy w tygodniu. Poza tym tak niski koszt sprawił, że byłam gotowa zaryzykować nie wiedząc dosłownie nic o owym obiekcie. Po miesiącu średnio regularnego chodzenia stwierdzam, że nie jest źle.

Bez dźwigania

No tak, chodzę na siłownię nie mogąc podnosić praktycznie niczego. Niestety to zmusiło mnie do modyfikacji tego, co do tej pory robiłam. Niektóre zbyt wymagające ćwiczenia z własnym ciałem także odpadają. Ale o tym wszystkim będę pisała na bieżąco!


P.S. na zdjęciu widzicie legginsy Gainzta - inicjatywa Natalii (fitlovin.pl) oraz Gosi (fitblogerka). Polecam wszystkim ćwiczącym z większymi tyłkami - nic się nie zsuwa. No i szyte w Polsce.

2016/04/15

Ana vs. dieta eliminacyjna



Chodź, powiem Ci co do gara włożyć

Jak powszechnie wiadomo internet, kipiący ostatnimi czasy zdrowym stylem życia, przepełniony jest poradami dotyczącymi zdrowego odżywiania. Artykuły "kopiuj-wklej" pojawiają się niemal na każdej możliwej stronie (onety, srety, kobiety - you know the drill), pełno ich także na niektórych blogach, których autorzy znają się na dietetyce jak ja na roślinkach. Mam dość wzorców i tych nieszczęsnych zasad lub, co gorsza, piramid i innych cudów.
Jako że ostatnimi czasy dążę do wzorcowej czystej michy jak z nie tak dawnych czasów - czerwiec-lipiec 2014 (patrz archiwum bloga) zaczęłam jeść tonami te wszystkie dobrodziejstwa. Przedstawię Wam moje wnioski.


2016/01/20

No cześć





"Teraz już na serio"

Czasem, gdy myślimy, że coś dawno przepadło nadchodzi z podwójnym hukiem. Przyznaję się do winy, bycia (nie bójmy się tego powiedzieć) typową kobietą, która jest totalnie nieprzewidywalna i bezpodstawnie zmienia zdanie.

Nigdy nie chciałam porzucić bloga. Po prostu nie miałam weny.

Podczas mojego bycia-niebycia w internetach wydarzyło się dużo. Ogromną zmianą było przeniesienie się z crossfitowni do prawdziwej siłowni pełnej koksów. Z mojej dawnej siły pozostały strzępki, jednak jest coraz lepiej. 


Po pierwszym treningu po bodajże 2 miesięcznej przerwie ledwo schodziłam z siłownianych schodów. Wyobraźcie sobie 2 wykręcone kostki - tak właśnie szłam. Wystarczyły wykroki z hantlami 6 kg i front squaty z 15 kg sztangą, żeby mnie totalnie połamało. Przez tydzień wchodzenie po schodach traktowałam jak trening z kamizelką o wadze 20 kg. Wtedy nadchodzi czas, gdy do człowieka dochodzi, że "chcę" nie znaczy "mogę". W ten oto sposób nabrałam pokory i robiłam treningi nader grzecznie. Kończyłam przed dołożeniem sobie na sztangę 5, 10 czy 20 kolejnych kilogramów. Kilka dni temu czułam zapas, lecz odpuściłam. Co teraz czuję? Żal dupę mą ściska, z drugiej strony logika i doświadczenie mówią, że dodatkowe obciążenie to kwestia kilku tygodni. 

Może nie będę tu kilka razy w tygodniu, ale postaram się bywać. Niestety obowiązki przyszłej pani magister robią z człowieka no-life'a. 


Do przeczytania moi drodzy!


2015/08/12

Jem superfoods: Nasiona chia





Szałwia hiszpańska, chia, you name it

Superfoods, czyli inaczej spożywcze cuda na kiju, które bombardują nas już nawet w drogeriach to nic innego jak produkty z wielkim potencjałem. Przeważnie zawierają kolosalne ilości antyoksydantów, witamin i minerałów. Ich lista jest tak długa, że większość artykułów dostępnych online wymienia średnio 5 z nich kierując się popularnością. Czytając komentarze pod nimi stwierdzam, że większość uważa je za coś tak drogiego i egzotycznego, że tylko największe szychy mogą po nie sięgać w codziennej diecie - afera pudelkowa z Anną z nagłówka co je śniadanie za 50 zł (a w nim m. in. chia). Nic bardziej mylnego. Każdy Polak jadł superfood nawet o tym nie wiedząc - czosnek wita. Innym (może nie mega tanim) i polskim produktem jest sok z brzozy.

Dawno temu pisałam o jarmużu, jagodach goji i spirulinie. Nie uznałam ich za cudotwórców, jednak uważam, że włączenie ich do diety może mieć dobry wpływ na ogólną kondycję organizmu. W końcu nigdy dość antyoksydantów, nienasyconych kwasów tłuszczowych i innych dobrodziejstw natury.

Naoglądałam się miliona zdjęć tych jakże dziwnych "kuleczek", które miały być puddingiem na różnych blogach (nawet u Anwen) i powiedziałam sobie, że muszę je mieć (zupełnie jak faszynelka po zobaczeniu kiecki z nowej kolekcji na znanej babce). Co prawda moje zamówienie z fitness-food.pl złożyłam w maju, jednak dopiero teraz, podczas porządków w kuchennych szafkach, stwierdziłam, że czas spróbować.

2015/07/31

SOTI Natural Gyokuro Green Tea - recenzja



Ana testuje

Dziś chciałabym się podzielić z Wami moją recenzją na temat zielonej herbaty SOTI natural. Jestem herbacianym maniakiem od ładnych paru lat, najczęściej piję zieloną i czerwoną. Co do zasady sceptycznie podchodzę do fit nowości, bo część z nich to zwyczajne żerowanie na fali Chodaka i innych cudów. Tu było inaczej, gdy tylko otrzymałam propozycję przetestowania jej nie mogłam odmówić, ale zaraz zrozumiecie dlaczego. W poniedziałek otrzymałam 3 butelki o pojemności 530 ml.

Jest to jedyny tego typu napój na polskim rynku. Dlaczego? Nie ma nic wspólnego z typową, butelkowaną zieloną herbatą, którą można spotkać na półkach sklepowych. Tamta kojarzy mi się z mieszanką wody, cukru i ekstraktu z zielonej herbaty w wysokości 0,2% (np. Nestea czy Lipton). Może i są smaczne, ale jedyne co mogą zrobić to odłożyć się w boczkach. 

SOTI nie zawiera cukru, słodzików, ani nawet tak popularnej obecnie stewii. Jest także bez konserwantów. Co zatem znajduje się w butelce? Na opakowaniu czytamy "Składniki: parzona zielona herbata". Sam proces parzenia przeprowadzany jest tak, aby wydobyć z liści jak najwięcej dobrego - w tym wypadku antyoksydantów. 

Brzmi dobrze?

2015/07/28

What's new?


Jako, że mam chwilowe wakacje (w końcu ostatni egzamin sesji letniej zdawałam 16 lipca - pozdro techno), które potrwają raptem tydzień wzięłam się na poważnie za krosfitnesowe życie. Wracam do formy, (znowu) uczę się double unders - witamy pręgi na rączkach, sztanga staje się coraz lżejsza, a zakwasy już mnie nie męczą. Jednak nie ma czym się podniecać. Szybki progress jest naturalny na tym etapie. 



2015/06/29

Dzień dobry



Wekejszyn

Już było kilka wielkich powrotów. Ten mogę uznać za finalny. Zlepek niezbyt fortunnych wydarzeń w postaci dość poważnego oparzenia, które w zasadzie nie jest do końca zagojone po 5 tygodniach od wypadku, sesji i zapieprzu skutecznie uniemożliwiały mi jakiekolwiek ćwiczenia. A było tak pięknie, biegałam po te 5 km minimum. Do 31 maja.

Podczas gdy wszyscy są maksymalnie wysuszeni i gotowi na pokazywanie się niemal nago w miejscach publicznych ja raczkuję. Mogłabym Was trollować, że to zdjęcia z końca masowania, że niby luty albo inny styczeń i zara zaczynam wycinkę, żeby w lato móc prać na swojej ciężko wypracowanej tarce. Szczęście w nieszczęściu jest takie, że moje nowiutkie bikini przeleży ten sezon w szafie - zakaz opalania, bo blizny. Także na zimę zdążę z poziomem bf na poziomie zero. Gdyby ktoś pytał - do końca nie wiem jak ten miesiąc opieprzania wpłynął na moje ciało, na pewno nie zapytam o to tanity.

A w misce mam...

Wspominałam już kiedyś co może tak naprawdę człowieka zmusić (niektórzy mawiają na to "zmotywować", bo to przecież brzmi ładniej, prawda?) - "włosy wypadające garściami, tłuszcz wylewający się z bluzki, czy niedopinający się rozporek". Raz w życiu moją motywejszyn było zdrowie, a właściwie szybki powrót. Bo na gojenie najlepsza jest dieta. Na zdjęciu obok widzicie coś, co piję dzień w dzień - zblendowany jarmuż, banan, jogurt naturalny + od niedawna również łyżeczka spiruliny, wtedy koktail nabiera zdecydowanie zielonej barwy, dzięki której żaden z waszych domowników nie ukradnie wam tego oto cuda (gwarantuję!). Jeśli boicie się jarmużu od razu zaznaczam, że nie ma on wyraźnego smaku, a jeśli nawet wmówicie sobie, że jednak tak jest to uwierzcie, że banan zabije wszystko po drodze. 

Do tego różnego rodzaju zioła, pełno wody z imbirem, cytryną i trawą cytrynową. Pewnie to wszystko nic nie dało, ale zawsze dobrze mieć porządny kop w dupę, który popchnie do tych dobrych decyzji.

Nie do końca zagojona ruszyłam w sobotę na team wod, zakwasy trzymają mnie do teraz. Dzisiaj powtórka. Brakowało mi tego, cholernie. Dobrze jest wrócić.

2015/05/05

Zamówienie z fitness-food.pl




Plan wielkiego powrotu do regularnej aktywności działa. Biegam kilka razy w tygodniu po ok. 5 km - sory, nadal nienawidzę tego robić. Metabolizm nie zapieprza jak za dawnych czasów, gdy siedziałam na siłce 6 razy w tygodniu, a podczas dnia rest tęskniłam za żelastwem. Z tej okazji czysta micha jest dla mnie obecnie sprawą priorytetową. Postanowiłam, zamiast iść na kolejny shopping, poszaleć trochę spożywczo, oczywiście w zdrowej wersji. Jako, że ceny zdrowego żarcia w sklepach stacjonarnych są momentami 2 razy wyższe zdecydowałam się na zakupy w sklepie fitness-food.pl.

Bez zbędnego gadania.






1. Amarantus ekspandowany 


Mój bezglutenowy ulubieniec. Oto krótki opis ze strony fitness-food.pl:

Ze względu na dużą ilość łatwo przyswajalnych węglowodanów amarantus poleca się osobom narażanym na duży wysiłek fizyczny oraz uprawiającym sporty. Posiada wielonienasycone kwasy tłuszczowe i bogactwo minerałów, stąd polecany jest osobom pracującym umysłowo i narażonym na stres. Amarantus jest również polecany anemikom, ponieważ zawiera duże ilości żelaza. Zawartością składników mineralnych takich jak magnez, wapń, fosfor i potas amarantus przewyższa pszenicę. Natomiast zawartością wspomnianego wcześniej żelaza przewyższa wszystkie rośliny. Zboże to opóźnia również procesy starzenia organizmu oraz zawiera antyoksydanty, które przeciwdziałają chorobom nowotworowym. 

Dodam od siebie, że jest to świetna przekąska, ponieważ można dodać go do jogurtu, owoców etc. Piekłam już nieraz ciasteczka z użyciem amarantusa zamiast mąki i spisał się doskonale. W smaku przypomina wafelki - serio! 200 g starcza mi na około 2 tygodnie. Cena jedynie 10 zł. Dla porównania w sklepie stacjonarnym jego cena to około 8 zł/100 g.

2. Olej kokosowy Extra Virgin BIO

O oleju kokosowym pisałam już niejednokrotnie. Tym razem wykorzystam go także do olejowania włosów i w pielęgnacji ciała.

3. Nasiona Chia - Szałwia Hiszpańska

Kolejny po jagodach goji super food, który muszę wypróbować. Zapomniałam jeszcze o komosie - następnym razem na pewno dodam do koszyka.
Jeszcze nie mam pomysłu na jej wykorzystanie - na pewno wypróbuję zalać ją wrzątkiem i "zaprzyć" jak siemię lniane - rzkomo także tworzy uroczą galaretkę. Zobaczymy jak poradzi sobie z zagęszczaniem sosów - na pewno pojawi się niejeden przepis.

Nasiona chia zawierają więcej kwasów omega-3 niż uchodzący za ich skarbnicę łosoś atlantycki. Spośród wszystkich olejów to właśnie olej z nasion chia jest najbogatszym źródłem kwasów omega-3, które składają się na niego w 63%. Dla porównania - olej z nasion lnu zawiera 54% kwasów omega-3.
Jeśli chcecie przeczytaj pełen opis zapraszam pod ten link: źródło

4. Spirulina w proszku

Byłam wielką zwolenniczką spiruliny w tabletkach, jednak teraz, gdy codziennie piję świeżo wyciskane soki stwierdziłam, że pójdę na całość i kupię spirulinę w czystej postaci. Przy okazji przyda się do maseczek do twarzy. Double win.

Po co mi zielony wodorost? Oczyszcza organizm, ma pełno białka, antyoksydantów, witamin i czego dusza zapragnie. Przy okazji upiększa Google wymieniają tyle związków chemicznych, że głowa mała. Wniosek jeden - trzeba wcinać.




5. Żeń szeń syberyjski korzeń cięty

Zaraz sesja, więc przydałby się jakiś mały wspomagacz - oprócz yerby i kawy. Kiedyś brałam żeń szeń w tabletkach, jednak znając procedurę powstawania suplementów i fakt, że mogą być one napakowane wypełniaczami stwierdziłam, że wypróbuję ten "prawdziwy". Planuję pić taką herbatkę kilka razy w tygodniu. Zobaczymy czy da kopa.

Jego regularne stosowanie poprawia odporność organizmu, chroniąc przed szkodliwymi czynnikami biologicznymi, chemicznymi i fizycznymi. Pozwala skutecznie odtruwać organizm poprzez przyspieszenie procesów usuwania toksyn i ubocznych produktów przemiany materii.

- ma właściwości antydepresyjne,
- poprawia witalność i samopoczucie,
- wpływa pozytywnie na pracę mózgu,
- poprawia zdolność kojarzenia faktów,
- obniża poziom złego cholesterolu,
- podnosi poziom testosteronu.
fragm. ze strony fitness-food.pl


Po spożyciu wszystkich tych cudów będę cyborgiem umysłowym, a moja kondycja poszybuje wysoko. Oby ;)