2012/09/15

inked

W lipcu dorobiłam się swojego pierwszego tatuażu, a teraz mam ochotę na więcej, dużo więcej. Tylko skąd brać kasę, gdy jedna sesja oscyluje w granicach 500zł, no i nieszczęsne miejsce na ciele, którego jest ciągle zbyt mało na ilość projektów, jakie chodzą mi po głowie. Myśl po pierwszym dziaraniu - nigdy więcej się nie odchudzaj, a jeśli najdzie Cię chęć na kolejny, przytyj z 10 kg. Smutne i prawdziwe.
Najambitniejsze plany związane z maszynką? Na pewno czysto oldschoolowy tatuaż, z szarfą, jaskółką, czaszką i różami, albo zwykłe sportretowane czaszki (Anna bardzo kocha vanitas), albo czacha meksykańska.
Na razie myślę jedynie nad kolejnym maleństwami, proste symbole, słowa, bez graficznych udziwnień. Ma być ascetycznie.

Trendy ubraniowe? Zbyt passe. White Ink tattoos? Why not!
Biały tusz podbił moje serce od razu. Fakt, że jest on niemal niewidoczny jest dla mnie dość ważnym aspektem (oczywiście przy koncepcji, że mam wielką chęć na małe co nie co na ręce, na które normalnie nie mogłabym sobie pozwolić. Kto wie, może kiedyś zdecyduję się jednak na rękaw lub chociaż pół - marzenie.)
Jako totalny bladzioch-niemal albinos myślę, że jestem idealnym kandydatem do white ink'a. Tylko pytanie czy coś będzie widać bez użycia ultrafioletu. Good joke.

No cóż, chyba czas najwyższy ruszyć tyłek do studia i zapisać się na wizytę.
A ja pozostawiam Wam garstkę tego, co mnie ostatnio urzekło.









                                               A tu taki nietypowy, smutny meksykaniec:



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz