2012/10/06

Russian Circles @ Hydrozagadka, Warsaw

The Experience

Koncert. Każdy był na chociaż kilku w swoim życiu. Ja mam ich niezliczoną ilość na koncie, licząc oczywiście gigi za przysłowiowego piątaka. Najczęściej grindcorowe, metalowe i inne hardcorowe, grane w zacnym Włocławskim Centrum Kultury i Czarnym Spichrzu.

Czasem wydaje nam się, że najlepszy możliwy koncert na jakim możemy się wybrać to występ zagranicznej, nieuchwytnej gwiazdy, która w Polsce bywa średnio raz na 5 lat (lub rzadziej). Jeden z takich już zaliczyłam. Radiohead, na Cytadeli w Poznaniu w 2009 roku, na miejscu okazało się, że to nie oni byli gwiazdą wieczoru. Ich support - Moderat - elektronika nie do opisania, wymieszanie mocnego brzmienia Modeselektora i delikatnego Apparata - fuzja idealna. Odtąd staram się także doceniać supporty. Nie muszę wspominać, że cena przedsięwzięcia nie należała do niskich - 180 PLN.

Ruskie gwiazdy z USA

Wracając jednak do meritum. Około rok temu został mi polecony zespół o jakże śmiesznej nazwie - Russian Circles. Nic nie mówiąca mi nazwa skłoniła do posłuchania, moim oczom ukazało się trzech wątłych Amerykańskich facetów z Chicago, lekko po 20scte. Z cyklu "nieważne w co się ubieram, ja chcę tworzyć". I rzeczywiście look idealnie kompletuje się z ich przesłaniem. Usłyszałam ich numer "Harper Lewis" w wersji live. Mistrzowski tapping wywołujący jakieś dziwne, głębokie emocje, ciarki po całym ciele i momentalnie wpadłam - w nich i w wir poszukiwania ich dyskografii, żeby albo ich bezgranicznie pokochać albo rozczarować się poziomem innych nagrań. Po wysłuchaniu albumu "Enter", czyli ich debiutanckiego, uznałam ich za moich tymczasowych guru. Z czasem i z odkrywaniem reszty płyt (każda była starannie słuchana w poszukiwaniu głębi i świetnych zagrywek zarówno basowych, gitarowych i perkusyjnych). Po przetrawieniu całości dostępnego materiału mogłam oficjalnie powiedzieć, że pokochałam ich twórczość. Stałam się ich fanką, nie mylić z groupie oczywiście. Ok, mogę przyznać, że Dave (perkusista) to mój ideał faceta, nie wspominając o jego skillu, który jest czymś genialnym samym w sobie.
Po kilku miesiącach intensywnego wgryzania się w materiał stwierdziłam, że świetnie byłoby pójść na ich koncert i poczuć tą energię i ciarki oczywiście. W lutym okazało się, że wyruszają w europejską trasę i  zagraja w Warszawie. Od razu pobiegłam po bilet, którego cena była dość zaskakująca - 45 PLN, biorąc pod uwagę, że Myslovitz ceni się na 35. Cena bez porównania. Zespół z USA przyleciał do PL niemal za darmo. Tak więc polskim zespołom życzę trochę pokory na przyszłość.

Supportem RC zostali mianowani Deafheaven, czyli mrok w czystej postaci (przynajmniej z nazwy). Przywiezieni w gratisie z USA. Oczywiście przed koncertem zrobiłam odpowiedni research. Stwierdziłam, że przypadną mi do gustu, mimo że ich muzyka nie należy do lajtowych i nie polecam jej nikomu, kto chce poprawić sobie humor.

Dotarłam do Hydrozagadki. Byłam tam pierwszy raz. Szybko wypiłam piwo i zajęłam najlepszą miejscówkę tuż pod sceną. Zobaczyłam 5 facetów. Każdy kompletnie z innej bajki. Kujon, emo maleństwo, kawał chłopa i elegancik x 2. Jako muzyk i członek zespołów zaczęłam rozmyślać jak oni się dogadują. Taka chyba była ich taktyka. Wokalista czarował niemal nazistowskim wzrokiem i pięknym darciem mordy (tak, według mnie można to nazwać czymś pięknym, jeżeli jest to dobrze wykonywane). Muzyka, na albumie brzmi fajnie, pomimo twina który jest słyszalny co sekundę można wyłapać zmiany w gitarach czy w basie. Na żywo zamieniło się w to w metalową papkę. No niestety na żywo dużo stracili w moich oczach.

Gdy tylko zobaczyłam jak Dave zaczyna ustawiać sobie tomy serce zaczęło mi szybciej bić. Przyszedł Mike i Brian, wyglądali trochę inaczej niż na monitorze. Mike sprawiał wrażenie schorowanego, wychudzonego bezdomnego. Skończyli rozkładać sprzęt. Zaczęło się długie intro do "Carpe", po wejściu perkusji totalnie odleciałam. Przeżycie nie do opisania. Jednak najlepsze miało się dopiero zacząć. Drugi na set liście był mój "Harper Lewis". Publika przez cały koncert była na wysokich obrotach. Widać było, że wkładają w to całych siebie. Nigdy nie widziałam takiego feedbacku.



Poniżej kilka zdjęć jakie udało mi się zrobić moją ukochaną nokią.


                                                                              Dave Turncrantz


                                        Brian Cook's pedalboard -  here you can find specifics of it


                                                         part od Mike Sullivan's pedlboard



                                               Dave Turncrantz's Ludwig set, Simplicity is the greatest


                         
                                    and here are some pics that I found on the web. I do not own them.





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz