2013/10/21

Foals @ Stodoła, Warsaw 19.10.2013

Jak obiecałam tak zrobiłam. Czekałam na tę chwilę ok. 5 lat - ale w końcu - "I fuckin made it".
Foals - jedyny taki zespół w swoim rodzaju - wielokrotnie przeze mnie doceniany, m. in. w tych postach - o inspiracji i o ich najnowszej płycie.

Zostali przeze mnie wychwaleni od góry do dołu, ale jak wiadomo, czasem artyści mogą kompletnie zrujnować/nadrobić swój wizerunek występem live. A co z nimi? Przeszli moje oczekiwania!
Zaraz opowiem dlaczego.

Nie wiem czy pamiętacie ich z czasów raczkowania - album Antidotes, który zasłynął z precyzji dźwięków - stąd słynne określenie 'math rocka'.

Zaskoczyli mnie przede wszystkim SPONTANEM. Nie wspominając o samym Yannisie. Ale po kolei. Przede wszystkim wielkie łał w postaci ponad 1,5godzinnego grania, wspaniałego i płynnego grania. Było czuć lekkość, w jakiej poruszają się podczas improwizacji. Zdecydowali się wyciągnąć parę numerów - wyważyli to na tyle, żeby nie było nudno. Widać było zabawę, że muzyka ich nosi i sami nawzajem się napędzają. Wszechobecna harmonia. Z drugiej strony chaos, spojrzałam na scenę, a tu nagle brak wokalisty - Yannis kilkuktrotnie wykonujący stage diving, nawet w wersji hardkorowej - skok ze słynnego balkonu w Stodole - toć nawet 'wielki Oli Sykes' nie odważył się na jakikolwiek kontakt z publiką. Oni nie robią tego dla show - oni tacy po prostu są.



via tumblr


Zaryzykowałam i zajęłam miejsce  w II rzędzie tuż przy barierce. Wiedziałam, że będzie ciężko.

S U P P O R T - pierwszy raz jestem na nie


Traf chciał, że supporty na jakie trafiałam okazywały się czymś, czego zaczynałam słuchać - tak było z Moderatem czy Deafheaven.


Niestety tym razem nastąpił koniec dobrej passy. Witamy No Ceremony/// - słyszany przeze mnie po raz pierwszy. Rozumiem ich koncepcję na robienie muzyki i ją szanuję, ale wstawianie blondzi z wydętymi ustami na bass (dodatkowo na piękny Fenderowski precision z okolic lat 60-70), na którym gra 4 dźwięki podczas całej piosenki - NA-AH. Jej wokal - jestem na tak - gdyby nie parę nieczystości, które dawały po uszach jak i fakt, iż jej niemal nie słychać (nie, to nie wina akustyków - gdy podkręcili mikrofon zaczął masakrycznie sprzęgać). Nie wiem czy chcieli uzyskać efekt muzyki, po której dudni w uszach, ale udało im się - hard pop, bo tak nazwałam ten gatunek kompletnie mnie nie jara - przynajmniej w ich wykonaniu. Każda piosenka opierana na stopie, która była słyszana niemal co sekundę. Jedyne, czego im zazdroszczę to sprzęt - pełno padów, bajerów, klawiszy, efektów bla bla, nawet nie jestem w stanie wymienić. Konkluzja jest jedna - zaawansowana technologia nie da ci talentu, ale może bardzo ładnie komponować się z trójką pięknych chłopców i wspomnianą blondi.

Zastanawia mnie tylko konepcja wypychania Jimmiego na 1szy plan. Pech chciał, że ustawiłam się tuż pod jego stopami, mimo że miałam największą ochotę zając miejsce przy Walcie i poobserwować jego grę. Jack-perkusista - genialny, wbrew wszystkim stereotypom o statycznych perkusistach wchodził na stołek i nabijał (może też dlatego, że publika miała tendencję do klaskania na 1 i 3 - lof).
Niestety Edwin (ten od elektroniki) był praktycznie niewidoczny, lecz nie ze względu na oślepiające światła - po prostu nie wchodził w żadne interakcje ani z chłopakami ani z publiką, co było dla mnie trochę dziwne.

S K I L L    CO U N T S

Oficjalnie uważam to za koncert warty swojej ceny, a nawet za zbyt tani. Pokazali klasę, profesjonalizm. To, że "My number" był puszczany w radiu na pewno poszerzył im target - udowodniły to tłumy napalonych 14latek, które rzucały w chłopaków (a w sumie w Jimmy'ego) maskotkami. To jednak trochę smutne, że ich muzyka się skomercjalizowała, że słuchają jej przypadkowi ludzie. Grają z pozoru prostą muzykę, lecz widać, że mają skilla, mogą sobie pozwolić na zabawę ze swoją twórczością. Wyznaczają nowe standardy indie rocka i pokazują, że muzyka, która wpada w ucho nie musi być wymuszonym, tanim popem.
Może właśnie to zróżnicowanie odbiorców jest ich mocną stroną.

Wiem jedno - nie zawaham się ani chwili, gdy wrócą do Polski! Ba, może nawet skuszę się na jeden z zagranicznych gigów. Wydam każde pieniądze.




S E T LI ST"
1) Prelude
2) Total Life Forever
3) Olympic Airways
4) Blue Blood
5) My Number
6) Providence
7) Milk & Black Spiders
8) Spanish Sahara 
9) Red Socks Pugie 
10) Late Night 
11) Electric Bloom 
12) Hummer
13) Inhaler
14) Two Steps, Twice


Legenda:
Antidotes
Total Life Forever  
Holy Fire


Jak widać Holy Fire królowało, ale co się dziwić. Cieszyłam się, że pojawił się 'Hummer' czy 'Olimpic Airways', który jest jednym z tych bardzo sentymentalnych kawałków - jeden z pierwszych, który ogarnęłam na początku nauki gry na basie. 



Cały koncert, a w sumie część ze starymi piosenkami była dla mnie trochę podróżą w czasie do 2008 roku, kiedy zaczęłam przygodę z nimi. I pomyśleć, że te starocie nadal mi się nie nudzą;)



Jeśli Was nie było - nie płaczcie - kupujcie bilet na następny koncert!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz