2014/04/22

A Ty co zjadłaś/eś w święta?


source
... a właściwie "Czego udało Ci się nie zjeść w święta?"

Przed lekturą odsyłam do posta o cheat mealach. Rodzina się zjeżdża, a mazurki, serniki, mięcho w każdej postaci i sosy lądują na stołach! Oczywiście zastawione po brzegi. A jedzenia starcza na statystyczne 3 polskie rodziny. Prawdziwe szaleństwo nie tyle smaków, co pustych kalorii, które po obiedzie wydawane są na wynos w kosmicznych ilościach, żeby święta przedłużyły się do kolejnego poniedziałku. Ratujcie!
Zawsze było słynne "babciu, ale ja nie jem takich rzeczy" kończące się tym, że przez całe 4 h siedziałam jedząc jedynie zupę, a później dodatki do dań głównych. Czasem kończące się "Ania zjedz chociaż jednego kotlecika". Niestety 2 takie obiady pod rząd to już totalny hardkor.

Nieunikniony cheat day?

Mam naprawdę silną wolę. Szczególnie ostatnio, gdy kupiłam wagę kuchenną i pilnuję makro. Tym bardziej, że działa to zbawiennie nie tylko na wygląd ciała, ale też samopoczucie i dużą ilość energii. Nie umiem już jeść zestawu powiększonego z maka. Jak już jem słodycze to są to max. 2 kostki czekolady. Jestem z siebie mega dumna. Po lewej ukochany sprawca tragedii. Nie umiałam po raz steny odmówić babci i zdarzyło się. Dobrze, że u mnie w domu 'schabowy' to panierowana pierś z kurczaka. Na szczęście w towarzystwie buraczków i ziemniaków, a nie innego tłuszczu. Dodatkowo zjadłam kawałek ciasta z owocami, które nie kapało od cukru. Nie jest tak źle jak być mogło.
Różnica między osobą odżywiającą się zdrowo a kimś opierającym się na klasycznej polskiej (tłustej) kuchni - ten schabowy nie był dla mnie niczym wow. O wiele bardziej wolałabym zjeść grillowanego łososia z pęczakiem i warzywami.

Pochłonęłam połowę blachy ciasta/górę mielonych w święta, czy teraz umrę?

Na pewno efekty Twojej dotychczasowej pracy mogą na tym ucierpieć, jeśli z jednego złego posiłku przejdziesz na tryb "a walić te dietę";). Gdy żyjemy na niskiej kaloryczności przez powiedzmy miesiąc ciało też musi 'odpocząć' od ciągłego ujemnego bilansu kalorycznego. Ja już zrobiłam swoje miesięczne ładowanie. Następne pod koniec maja. Chyba że korzystacie z filozofii gości z Warszawskiego Koksa, którzy cheatują tylko w zakresie swojej dziennej kaloryczności, której nie potępiam, bo sama będąc na wyjeździe z niej korzystałam. Wiadomo, że to już trochę inny stopień wtajemniczenia i nie powinno się tego stosować tylko dlatego, że jest tak dla nas wygodniej.

Jedno jest pewne - za rok wbijam na obiady z pojemnikami.

A Wam jak udało się przetrwać? :D

5 komentarzy:

  1. jak udało się przetrwać? nie pojechałam na święta do domu! :D jednak fajnie jest mieć pracę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam to aż za dobrze. Ja na swoje nieszczęście mam nienormowany czas pracy :P

      Usuń
  2. Przetrwałam normalnie, bo nie boję się domowego jedzenia, jeśli tylko jest bezglutenowe. No i w te dni był dietetyczny odpust, żeby się nie stresować obecnością sernika na stole :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też się nie boję - w końcu babcine=najlepsze. Tylko te straszne paniery!

      Usuń
  3. Przetrwałam bez większego stresu :) Skoro na co dzień jem idealnie, to ten jeden raz mogę sobie pozwolić na trochę luzu, tym bardziej że raz: kręcenie nosem nad jedzeniem u obcych ludzi jest nie do pomyślenia i należy jeść co dają, a dwa, że moja mama jest boginią w kuchni i jej ciasta to niebo w gębie. Może przede mną leżeć kilka czekolad, ptasich mleczek, batoniki, lody - nie tknę. Ale trudniej mi odmówić kawałka maminego ciasta. Raz na rok - można :)

    OdpowiedzUsuń